Remont w KCYP 08/04/2010
 
Picture
   Celem mojego wolontariatu (w skrócie) jest przekazywanie wiedzy i doświadczeń IT dla dzieci, młodzieży i liderów społecznych w slumsach Kibera i Kawangware. W Kiberze współpracuję z lokalną organizacją o nazwie Kibera Community Youth Program (KCYP). Na początku mojego pobytu, pojechaliśmy na zajęcia prowadzone w KCYP, w ramach programu organizacji Nairobits, która organizuje szkolenia komputerowe w różnych slumsach w Nairobi. Najlepsi zostają zakwalifikowani do kolejnego etapu szkolenia, który odbywa się w siedzibie Nairobits. Nairobits też pomaga potem w znalezieniu pracy, gdyż współpracuje z różnymi firmami. Jest to szansa dla młodych ludzi ze slumsów, którzy nie mają odpowiedniego wykształcenia, ale mają ambicję, żeby znaleźć pracę w branży IT. Z tego co się dowiedziałem, wcale nie wygląda to tak kolorowo, jeżeli chodzi o znalezienie pracy po takim kursie. Zaledwie kilka osób dostaje taką szansę, chociaż Nairobits chwali się 90% skutecznością. Tak czy inaczej jest to szansa na rozwój dla tych młodych, ambitnych ludzi.
   Wracając do tematu i mojego przyjazdu do KCYP. Okazało się, że w zajęciach uczestniczy 30 osób, które podzielone są na dwie grupy, przed i popołudniową. Zajęcia odbywają się w dni robocze w dwóch turach po 3 godziny dla każdej grupy. Jak tam przyjechaliśmy, zajęcia odbywały się w ciemnej, zatłoczonej i brudnej sali i w dodatku tylko dwa komputery nadawały się do użytku. Stare, rozpadające się biurko-stoły i instalacja elektryczna z odpadającymi kablami i gniazdkami. Sieci internetowej, można powiedzieć, że nie było, bo kilku wiszących, lub przybitych do stołu kabli nie można nazwać siecią - choć przypominało to pajęczynę.
   Żeby prowadzić tam zajęcia, należało po pierwsze naprawić i zmodernizować, na ile się da, komputery. Po drugie umożliwić podłączenie ich do prądu, a także do Internetu. Po trzecie odświerzyć salę i zainstalować nowe biurka pod komputery.
   Ola, moja koleżanka z fundacji, która koordynuje projekt, zaczęła już wcześniej uruchamiać kontakty z poprzednich lat i projektów. Porozmawiała ze sprawdzonym stolarzem - Morisem, który już wcześniej wykonywał na rzecz fundacji różne usługi.
   Robert, dyrektor KCYP został zaangażowany w znalezienie lokalnego elektryka i specjalisty od okablowania internetowego. Ja miałem się zająć komputerami i wraz z Olą koordynacją operacji „Remont w KCYP”.
   Plan wydawał się prosty, ale wymagał zaangażowania wielu osób, nadzoru i projektu wszystkich elementów, żeby współgrały ze sobą i pasowały.
   Z braku czasu i warunków, projektowanie mebli odbywało się etapami, z małymi przeróbkami podczas produkcji. Żeby zminimalizować koszty, Ola wymyśliła, że wykorzystamy materiały, które pozostały po remoncie szkoły Rise and Shine w Kawangware. W niedzielny wieczór finałów mistrzostw świata pojechaliśmy do szkoły, żeby wybrać deski i materiały. Przyjechał też Morris, stolarz, żeby ocenić, czy się do czegoś nadają. Oczywiście spóźnił się i to jakąś godzinę, albo i więcej, ale w końcu udało się i skompletowaliśmy wystarczającą ilość materiałów. Trzeba było się przekopać przez dwie sterty starych ścianek i drzwiczek z innych mebli, które to właśnie były materiałem wejściowym do produkcji nowych biurek pod komputery. Ale się udało i późnym wieczorem w niedzielę zaczęliśmy się śpieszyć na finał mistrzostw świata.
   I tu zaczyna się akcja przejścia przez slums wieczorem w niedzielę i jazda matatu do domu. Niezapomniane wrażenia, dosłownie jak w mrowisku. Pełno ludzi – śwpiewają, krzyczą, jadą – motorem, rowerem, samochodem, a wszystko to na małych zatłoczonych uliczkach slumsu. Dodatkowo z każdej strony brzmi głośna muzyka i wszystko się miesza. Sporo pijanych, którzy coś do nas wykrzykują, ale my nie oglądając się idziemy do przodu. To był dopiero początek, gdyż apogeum nadeszło podczas jazdy matatu. Matatu zawraca w środku tłumu ludzi, o mało ich nie potrącając. Oczywiście ten tłum jest na ulicy, którą z reguły jeżdżą samochody. Siedliśmy na przednim siedzeniu, obok kierowcy i to było to. Powiem tak – jazdę matatu w niedzielę wieczorem po slumsie, można porównać do przejażdżki kolejką w wesołym miasteczku. Tylko jest to bardziej niebezpieczne, a szczególnie dla ludzi, którzy szli ulicą. Powiem szczerze, że mi to się podobało, bo zawsze lubiłem jeździć kolejką w wesołym miasteczku i najlepiej siedząc na pierwszym miejscu.
   Ale powróćmy do głównego wątku mojej opowieści, czyli do remontu. Żeby to wszystko skrócić i nie zanudzić Was zbyt długim wpisem - o elektryku i specjaliście od instalacji internetowej napiszę w jednym paragrafie. Od początku, do końca współpracy z nimi, trzeba wszystkiego pilnować i kontrolować. Począwszy od cen materiałów i pracy (zawsze zawyżają), poprzez projekt (gdzie ma być gniazdko, jak poprowadzić kabel, ile kabli, w jaki sposób przybite), a skończywszy na wykonaniu (trzeba wszystko kontrolować, żeby nie zrobili inaczej niż chciałeś). Można powiedzieć, że to tak jak w Polsce, tylko mam wrażenie, że jeszcze bardziej intensywnie.
   Planowanie, szukanie specjalistów, negocjacje, zakup materiałów, wykonanie mebli, trwało więcej niż 2 tygodnie. Ponieważ w sali komputerowej w KCYP cały czas trwają zajęcia komputerowe, postanowiliśmy zminimalizować czas wyłączenia tej sali z użytku i samą akcję zaplanowaliśmy na 2 dni – czwartek i piątek. Dodatkowo stwierdziliśmy, że czyszczenie i malowanie zrobimy wraz ze studentami, angażując ich w pracę wolontariacką, żeby później czuli odpowiedzialność za salę i komputery. Plan był taki: w czwartek usunięcie starych mebli, czyszczenie papierem ściernym ścian, malowanie i sprzątanie, a w piątek montaż brakującej instalacji elekrtycznej zasilającej komputery, montaż sieci internetowej, wstawienie mebli i podłączenie komputerów.
   Wszystko zaczęło się w środę wieczorem, kiedy to z Oleńką zlewaliśmy farbę z małych puszek pozyskanych od jakiegoś sponsora. Było to karkołomne zadanie, ponieważ rodzaje i kolory farb były zmieszane, a w dodatku niektóre były przeterminowane. W końcu jednak udało się i nawet uzyskaliśmy kolor zbliżony do oczekiwanego :).
   W czwartek od rana praca w KCYP. Przyszło wielu studentów chętnych do pomocy i patrząc z perspektywy myślę, że zbyt wielu. Ciężko było w takim tłumie dobrze zorganizować pracę i zapanować nad nimi. Podsumowując wszystko skończyło się dobrze, chociaż po drodze były pewne zdarzenia. Niepotrzebnie zerwano część instalacji elektrycznej, która nie miała być zerwana :). Jeden student spadł z drabiny – na szczęście nic mu się nie stało. Drobnym szczegółem jest to, że spadając wylał farbę z wiadra na pozostałe osoby. Na linii strzału znalazł się chłopak, który został zalany od głowy, aż po buty. Dodam tylko, że farba była żółta i olejna, a on był czarny i miał kręcone włosy. Skutek był taki, że pół godziny szorowałem go rozpuszczalnikiem, musiał wyrzucić swoje ubranie – dałem mu przynajmniej jedną koszulkę, a potem wysłałem go do fryzjera, żeby go ogolili, ponieważ z jego kręconych włosów nie dało usunąć się farby olejnej. Na szczęście farba nie wdarła mu się do oczu i wszystko skończyło się dobrze, ale przyznam się, że miałem stresa i powarznie się przestraszyłem.
   Szybko trzeba się było otrząsnąć po czwartkowych przeżyciach i organizować pracę w piątek z samego rana. Z elektrykiem nie umawialiśmy się na montaż całej instalacji, lecz tylko dołożenie brakującej. Jednak w czwartek stara instalacja została zerwana i trzeba było zakasać rękawy, żeby zamontować brakującą. Elektryk zaczął z jednej strony, a my z drugiej, wykorzystując stare kable, gniazdka i nowe zakupione elementy. Na początku nie wierzyłem w sukces tego przedsięwzięcia, ale wspólnymi siłami udało się to zrobić i nawet wszystko zadziałało. Wiedziałem, że moja wiedza elektryka kiedyś się przyda J. Potem instalacja internetowa i sprawdzenie całości z wykorzystaniem zakupionego switcha. Ku mojemu zdziwieniu wszystko zadziałało !!!!
   Późnym wieczorem w piątek, Morris przywiózł meble i je zamontował w nowo odmalowanej sali komputerowej. Meble pomagały nam wnosić okoliczne dzieci, które oczywiście przywtały mnie standardowym „HowAYou?”.
   Karkołomny projekt został zakończony sukcesem, wspólnymi siłami, a widok uczniów pracujących w świeżej sali jest wystarczającą nagrodą. Poczułem wielką ulgę, że ta część projektu już się zakończyła i można zacząć prowadzić szkolenia. 
   Zdjęcia z remontu możecie zobaczyć w galerii.

 
 
Picture
Dachy domów - Kibera slum
   Czwartek, pierwszego tygodnia, stał się dniem szczególnym, który zapadł mi głęboko w pamięć. Był to pierwszy, a może i ostatni tak długi spacer po różnych zakątkach Kibery. Widzieliśmy naprawdę dużo, a wszystko to dzięki naszemu wspaniałemu przewodnikowi, Mosesowi. Moses jest lokalnym liderem i społecznikiem, między innymi prowadził grupę artystyczną w slumsie. 
   Moses oprowadził nas po slumsie i pokazał naprawdę dużo. Na początku odwiedziliśmy hip-hop-owców, którzy działają w Kiberze. Ich lider, Octopizzo, opowiedział nam, czym się zajmują i jakie stawiają sobie cele. Jest to grupa młodych ludzi, którzy przez hip-hop, rap, grafitti, muzykę itp. chcą pokazać inne oblicze Kibery i zachęcić młodych ludzi do robienia czegoś więcej. Wiem, że w weekendy organizują warsztaty dla młodzieży. 
   Drugim miejscem, które odwiedziliśmy, była mała prywatna szkółka, połączona z przedszkolem i nawet żłobkiem. Kilka małych pomieszczeń, a dzieciaków około 200. Jak przyszliśmy siedziały na zewnątrz, na małym placyku pod drzewem. Moses zaczął je zabawiać jakąś grą i widać było, że to im się podoba. Pozanliśmy też małżeństwo, które prowadzi tą szkołę i nauczycieli-wolontariuszy ze slumsu. Generalnie należy się szacunek tym ludziom, że zajmują się tyloma dziećmi, ale sposób w jaki dzieci są traktowane pozostawia wiele do życzenia. Przy nas, jeden z wychowawców zaczął tłuc dzieciaki kijkiem, bo dzieci zaczęły się tłoczyć, żeby obejrzeć zdjęcia, które zrobiła Ola. Poza tym dzieci zostały ustawione w rządku i odegrały scenkę specjalnie przygotowaną dla mzungu na takie okazje. Trochę mi to przypominało apele i wykute pieśni na cześć wodzów lub ważnych person w czasach PRL. 
   Idąc przez wąskie uliczki Kibery, wszędzie widać ludzi, którzy coś sprzedają (ciapati – coś takiego jak naleśniki, smarzone szkielety ryb, owoce, warzywa, węgiel, karty telefoniczne, naszyjniki, kolczyki, ubrania, WSZYSTKO co się da sprzedać), coś noszą, przewożą (np. deski na rowerze, kije, metalowe pręty, gałęzie). Każdy z nich chce jakoś przeżyć i zarobić na jedzenie, ubranie i inne wydatki. Ci ludzie są naprawdę przedsiebiorczy, bo sytuacja ich do tego zmusiła. Życie toczy się tak jak wszędzie, tylko w innym otoczeniu i warunkach. Ludzie w niedzielę idą do kościoła, wieczorem spacerują, a dzieci bawią się i grają w piłkę. Po prostu żyją. 
   Moses zabrał nas również na osiedle bloków mieszkalnych, wybudowanych ze środków UN-HABITAT. Mieszka tam przyjaciel Mosesa, który oprowadził nas po osiedlu i zaprosił do swojego mieszkania. Osiedle składa się z 17 bloków, w których mieszka około 18 000 ludzi. W jednym mieszkaniu, które składa się przeważnie z trzech pokoi, mieszkają czasami trzy rodziny. Ale to i tak lepiej niż w slumsie i tak właśnie twierdzi przyjaciel Mosesa. Mają tu elektryczność i bierzącą wodę, o które bardzo ciężko w Kiberze. Gospodarz mieszkania w którym byliśmy, powiedział że wśród ludzi, którzy zamieszkali na ostatnich piętrach bloków, zmalało pijaństwo, bo „pod wpływem” boją się wchodzić tak wysoko. Nie wiem, czy żartował, czy mówił prawdę, ale fakt jest taki, że pijaństwo jest dużym problemem w slumsach. Bardzo popularny jest trunek o nazwie Changaa, robiony przez „lokalnych producentów”, o mocy około 50%. Jest on o tyle niebezpieczny, że kosztuje bardzo mało i często zawiera duży procent Metanolu, trującego dla ludzi. W ubiegłym tygodniu w Kiberze zatruło się tym trunkiem kilkadziesiąt osób, z których kilkanaście zmarło. Byłem tego ranka w Kiberze i słyszałem całą historię z ust naocznego świadka, który opowiadał, że widział ciała leżące na ulicach i rozmawiał z ludźmi, którzy stracili swoich najbliższych. Wiele osób straciło wzrok i wylądowało w szpitalach. Jest to duży problem w slumsach. Po pierwsze pijaństwo, które jest spowodowane brakiem pracy i frustracją, a po drugie jakość dostępnego alkoholu. Dowiedziałem się, że rząd Kenii zalegalizował jakis czas temu Changaa i raczej nie sądzę, że po tym incydencie coś się zmieni. Słyszałem od ludzi ze slumsu, że sprawa ucichnie i nikt się bardzo nie przejmie tym co się stało. 
   Kolejnym ciekawym obrazem są tory kolejowe, przechodzące przez Kiberę, dosłownie o metr od zabudowań. Pociągi jeżdżą kilka razy dziennie, zabierają ludzi do pracy i przywożą z powrotem. Dodatkowo widziałem też pociągi towarowe. Gdy nie jedzie pociąg, na torowisku tętni życie. Ludzie sprzedają co się da, kobiety układają sobie włosy i spacerują – każdy skrawek wolnego, nawet chwilowo, miejsca jest wykorzystany. Zaczęło się ściemniać, jak pociąg przyjechał. Oczywiście zaczęliśmy robić zdjęcia. Tłumy ludzi wysiadających z pociągu i krzyczących coś do nas delikatnie nas oniesmieliły. Powiem inaczej, odwróciłem się na pięcie i zacząłem się szybko oddalać z tego miejsca, ale Moses i jakaś kobieta zareagowali, uspokajając nas, że oni tylko żartują i chcą się ponabijać z mzungu. Do tej pory nie jestem przekonany czy to była prawda. 
   Można powiedzieć, że „rzutem na taśmę” załapaliśmy się na przedpremierowy pokaz grupy artystyczno-akrobatycznej o nazwie Hamlets, która przygotowywała się do występu na pokazie filmu „You Deserve To Know” w Kiberze, organizowanym przez naszą Fundację. Próba odbywała się w baraku niedaleko torów i specjalnie dla nas zaprezentowali niesamowity występ taneczno-akrobatyczny z bębnami, strojami, śpiewem i ogniem. Przypomniało mi to chłopaków z Ugandy, którzy gościli w ubiegłym roku w Polsce i też mieli w swoim repertuarze takie pokazy. 
   Po wizycie w mieszkaniu Mosesa i pożegnaniu, zaczęliśmy wracać do domu. Było już późno i musieliśmy się śpieszyć, żeby w Kiberze nie zastał nas zmrok, bo wtedy lepiej nie ryzykować i nie chodzić po slumsie samemu. Wracaliśmy matatu (taki szybko jeżdżący busik), który pojechał na skróty, a potem jeszcze chodnikami omijając korek. Powrót matatu był dopełnieniem naszej przygody i pierwszych doświadczeń w Kiberze. Jak się okazało później, to był dopiero początek! 
   Zdjęcia z Kibery, możesz obejrzeć w galerii.

 
 
Kibera - z pagórka
   Tutaj ciągle się coś dzieje i nie ma czasu na odpoczynek. Tak w skrócie minął mój pierwszy tydzień w Nairobi. W drodze z lotniska do mieszkania zobaczyłem z daleka moje pierwsze żyrafy. I dobrze, że je zobaczyłem, bo do tej pory żadnego innego zwierza afrykańskiego nie widziałem, bo karalucha nie można potraktować jako rodowitego afrykańczyka.
   Długo sobie nie odpocząłem po podróży, bo tego samego dnia pojechaliśmy do centrum na zakupy – jakieś koszulki na pokaz filmu, materiały biurowe itp. Na co zwróciłem uwagę w pierwszej chwili, to dużo ludzi, dużo samochodów i wszystko się przemieszcza dość chaotycznie. Poza tym te kontrasty, które już od początku rzucają się w oczy. Wierzowce, piękne hotele, a zaraz obok zaniedbane i brudne uliczki. Piękne osiedla mieszkaniowe – oczywiście odrutowane, pod napięciem i z ochroną, a zaraz za murem slumsy.
   Właśnie kolejne dni spędziłem w slums-ach, w Kawangware i Kiberze. Poznawałem ludzi z KVC (Kavangware Vision Center) i KCYP (Kibera Community Youth Programme), a także slumsy i okolicę. W KCYP uczestniczyłem, jako obserwator i pomogłem w prowadzeniu zajęć z informatyki dla młodzieży, w ramach programu organizacji, zwanej Nairobits. Ciekawe jest to, że w malutkiej sali uczyło się jednocześnie około 15 osób, a w sumie w kursie bierze udział 30 osób, podzielonych na grupy przed i popołudniowe. Na początku działały tylko 2 komputery, a to są zajęcia z informatyki. Muszę się pochwalić, że teraz działa 11.
   W KVC też było ciekawie, bo po zapoznaniu się z terenem, mogliśmy własnymi rękami wyprodukować swoje papierowe torebki, które są robione w KVC. Niesamowite jest to, że robią to wszystko ręcznie, ale mają mnóstwo wzorów i różnych klientów. Torebki dostaliśmy na pamiątkę – moja jest trochę krzywa, ale i tak mi się podoba.